Oszalałam chyba już kompletnie. Ostatnio miałam dosyć poważny wypadek, cóż nikt się tym nie przeją, rodzina też, mieli swoje własne problemy rozwodowo- bzdurnie raniące. Nie nadaję się już do niczego. Dążę do autodestrukcji w niesamowicie szybkim tempie. Nie jestem pewna czy uda mi sie jeszcze zatrzymać. Sama sobie chyba już tym prazem nie poradzę. Wiem ,że potrzebuje pomocy, ale nie chce jej przyjąć. To coś co siedzi we mnie jej nie chce. Terapie… bzdurne terapie nic nie pomogą. Już dawno przecież spisali mnie na straty… to kwestia czasu… Mówili, że bez leków się nie obejdzie.. lecz rodzina twierdziła inaczej, w sumie to myślę ,że to oni w dość dużym stopniu wpłynęli na to co się ze mną dzieje. „All this voices in my head get loud, I wish i could shout them out”… Moja dusza już dawno umarła, teraz od wielu lat tylko ciało chodzi bez celu po świecie. Odczuwa jeszcze ból, rozterki i cierpienie. Czeka tylko na ostateczny moment by też się poddać.

20150109-195639.jpg

20150117-233813.jpg

IMG_0003